Największy w Europie tani przewoźnik nie zamierza się poddać w walce o Aer Lingusa. - Odwołamy się od decyzji do sądu europejskiego - powiedział Michael O’Leary, prezes Ryanaira. Zarzuca unijnym urzędnikom, że są uprzedzeni do jego firmy. Twierdzi, że wszczęcie dochodzenia w sprawie oferty Ryanaira jest o tyle dziwne, że wcześniej unijni urzędnicy wyrazili zgodę na połączenie Air France i KLM. Problemów nie miała też niemiecka Lufthansa, przejmując Swissa. Pierwszy raz władze taniego irlandzkiego przewoźnika złożyły ofertę odkupienia 28 proc. akcji Aer Lingusa od irlandzkiego Ministerstwa Finansów na początku października zeszłego roku. Ryanair dysponował wówczas 16-proc. pakietem. Do 15 grudnia, kiedy ponowił propozycję, jego pakiet wynosił już 25 proc. Za brakujące do przejęcia kontroli udziały chciał zapłacić prawie 1,5 mld euro. Przejęcie Aer Lingusa pozwoliłoby irlandzkiej taniej linii obsługiwać trasy północnoatlantyckie. Obecnie Ryanair nie lata przez Atlantyk i zapowiada, że to się nie zmieni. Obie linie obsługują ponad 500 tras, a zaledwie 17 z nich się pokrywa. Latanie po Europie będzie coraz tańsze, ale zażarta rywalizacja doprowadzi kilka firm do bankructwa. A to może oznaczać… wzrost cen.
- Czeka nas masakra - mówi prezes irlandzkiego Ryanairu Michael O’Leary, który wieszczy w najbliższych miesiącach wyniszczającą wojnę cenową wśród tanich przewoźników. On sam sprowokował wczoraj konkurentów, ogłaszając, że jego linie sprzedadzą w lecie trzy miliony biletów po 10 funtów. Trudno to nazwać uczciwą reklamą, bo Michael O’Leary zapomniał jak zwykle dodać, że do tej kwoty trzeba jeszcze doliczyć trzy razy tyle na opłaty lotniskowe i podatki. To jednak normalna praktyka wśród tanich przewoźników. Niemal wszyscy podają ceny bez uwzględnienia opłat dodatkowych, a w walce o klienta stosują nieuczciwą reklamę porównawczą.