Sosenka i cichy ogrod
Dawno dawno temu w wielkim ogrodzie Radziwiłów, który był wielki na kilkaset hektarów. Po prostu normalnie gigantyczny, rosła sobie sosenka. Miała na imię Klucha. Była nieszczęśliwa bo nie miała szyszek. Mimo iż pełnoletność osiągnęła jakiś czas temu. Właśnie z tego powodu co roku płakała, kiedy nadszedł czas zawiązywania owoców. Niestety z każdym rokiem marniała w oczach.
Radziwiłowie jako że posiadłość mieli olbrzymią, zatrudniali również kilku ogrodników. Jeden z nich Jożin z Bażin nazywany czasami Józefem z bagnem w kaloszu, bardzo opiekował się chorą sosenką. Za jego sprawą ogród był piękny, tajemniczy, mistyczny, elegancki, idealny, spokojny, zielony, kolorowy, pachnący, szumiący, ogólnie taki troche niezły.
Ten świr codziennie nawoził sosenke ładował w nią tyle azotu, że normalnie powinna sie wysuszyć bo niesposób przyjąc tyle tego szajsu. Po prostu lepsze niż sterydy. Klucha rosła jak na drożdżach. Witki miała długie na kilkanaście metrów, a sama mierzyła kilkaset metrów wysokości. Zeby obiąć jej pień potrzeba było kilkunastu chłopa!
Nadchodziła juz 31 wiosna, Jożin z rożnem podjechał swoją cysterną wyładowaną płynnnym azotem, bo już tylko taki Klucha była w stanie przyjąć, gdyż korzenie miała za długie i jej sie sparzyły w jądrze ziemskim. Opryskał ją z węża strażackiego, sosna sie nieco rozbudziła i urosła o kilkaset kolejnych metrów.
Nadeszło lato. Dzień jak co dzien chłopaki pielęgnują ogród, Jożin jedzie z cysterną żeby podlać sosne. A tu lipa hamulce padły, Jożin przywalił w dęba i umarł. Wypadł oknem i zarył głową w pień bo nie zapiął pasów.
Sosenka przestała dostawać dawki nawozu! No i 32 wiosny nagle pojawiły się szyszki! Tak szyszki, pysze sysunie.
Koniec.